Metoda Minnie Maud – czy to dobry pomysł? Część 4.

Podczas moich poszukiwań – ”co by tu zrobić żeby czuć się lepiej, ale nie przytyć, odzyskać zdrowie oraz okres?” natknęłam się na wiele porad. Były to porady specjalistów jak również ‘zwykłe’ jednostki, które twierdziły, że wyszły z zaburzeń robiąc A,B i C. Słuchałam ludzi na różnych dietach, którzy twierdzili, że ta oto dieta pomogła im z depresją i zaburzeniami (diety wegańskie, karniwora, flexible diet itd.). Słyszałam, też opinie, że dieta zrównoważona będzie najlepsza. Gdzie indziej słyszałam, że jedzenie czego się chce – kiedy się chce, z nieograniczoną ilością kalorii to najlepszy sposób na uporanie się z problemem. Mowa tutaj o podejściu pod tytułem Minnie Maud method (teraz metoda ta zmieniła nazwę na Homeodynamic Recovery Method). Założenia tej diety są takie by jeść conajmniej X liczbę kalorii, jeść za każdym razem kiedy głód się poczuje lub zacznie myśleć o jedzeniu. Podczas gdy nawiedzały mnie napady ekstremalnego głodu, ta metoda wydała mi się idealna. Będę żreć wszystko na co mam ochotę, a miałam ochotę na dużo, zwłaszcza na słodycze.

Czy ta metoda jest optymalna? Teraz mam wątpliwości. Czasami rzeczy faktycznie są zbyt piękne by mogłyby być prawdziwe. Po raz kolejny może się okazać, że anegdoty nie czynią czegoś prawdą absolutną. Już raz wpadłam w tę pułapkę kilka lat wstecz. Kiedy to się odchudzałam i ćwiczyłam w nadmiarze i doświadczałam ekstremalnego głodu. Wpadłam na kanały weganów jedzących na surowo – high carb low fat. Dowiedziałam się z nich, że można jeść wszystko co się tylko chce – byle w ‘widełkach’ tejże diety. Że się nie przytyje, a jeżeli już to tylko tymczasowo, bo to wszystko tylko woda. Jeść bez ograniczeń? Święty gral! W to mi graj, gdy nie czułam nic innego niż głód od miesięcy. No i zaczęłam wpierdzielać, najpierw był to surowy weganizm przez pół roku, potem raw til 4. Oczywiście systematycznie tyłam. Żywiłam się nieograniczoną ilością żarcia miesiącami, ale głód nie mijał. Za to ja czułam się coraz gorzej i gorzej. Zaczęłam jeść też produkty takie jak owsianki, jakieś naleśniki z tofu i szpinakiem z mąki wieloziarnistej, kasze, ziemniaki, warzywa, owoce itd. Po każdym posiłku czułam się coraz gorzej, bo żarłam i czułam się ciężko. Ale nie mogłam przestać, bo nie odczuwałam satysfakcji z jedzenia. Przytyłam pewnie z 20 kg – nie ważyłam się, ale ze zdjęć tak mniej więcej by wyszło. Po wielu miesiącach odzyskałam okres. Muszę nadmienić, że wciąż biegałam, gdyż w tejże społeczności wszyscy nieprzerwanie uprawiali jazdę na rowerach czy inne aeroby. Z perspektywy czasu – mogę się mylić – wydaje mi się, że to dodatkowy stres w postaci biegania powodował, że okres odzyskałam tak późno (a może również ograniczona dieta..?). W okresie tym po raz pierwszy ( i ostatni) przebiegłam maraton – ważąc pewnie najwięcej w tej swojej wieloletniej karierze wegana. Po pewnym czasie postanowiłam zmienić swoje nawyki żywieniowe i powoli zaczęła waga lecieć w dół (wciąż na weganizmie). Jadłam też na pewno mniej. Zaczęłam czuć się lepiej ze sobą. Na koniec 2017 zaczął się nawrót. I tak latem 2019 zeszłam do około 7% tkanki tłuszczowej, codziennych wyniszczających treningów, ograniczonej diety (chociaż oficjalnie weganką już nie byłam to moja dieta i tak w 98% to były rośliny). Opychałam się niskokalorycznymi warzywami, jadłam 2 razy dziennie, moje paliwo stanowiła jakaś kasza na lunch z czyś tam, a na kolację oprócz gór warzyw zajadałam całe opakowania wafli ryżowych z pastą z groszku, awokado i takie tam. Po kolacji byłam tak napchana (nie usatysfakjonowana), że mogłam tylko pójść spać. Nawet gdybym chciała, to żyć po kolacji by się nie dało bo byłam taka napchana. Ciężko było mi się ruszać. Z rana musiałam iść ‘wybiegać’ zawartość żołądka, bo sam nie był w stanie się pozbyć tej ilości błonnika. Bieganie stało się formą przeczyszczającą, uzależnieniem, kompulsem, formą poczucią się lepiej – lżej. Ale jelita cierpiały. Ciągle wzdęta, przed posiłkiem, po posiłku. Myślę, że cały ten błonnik i ‘wymuszanie’ toalety tylko pogarszało sytuację. NIejednokrotnie pojawiała się krew. Od lata zaczęły się napady jedzenia. Wcześniej też co jakiś czas jadłam więcej, ale traktowałam to bardziej jako re-feed czy też cheat day. Ale jak zaczęłam jeść więcej ciast, słodyczy podzczas refeedów to napady zaczęły być dużo bardziej intensywne. Zresztą mój stan też powodował, że napady się nasilały. Oczywiście po napadzie trzeba było podkręcić śrubę na treningu. Podnoszenie ciężarów + kilka godzin biegów dzień po napadzie nie było niczym wyjątkowym. No i oczywiście powrót do ‘normalnego’ jedzenia. Nie trzeba być naukowcem, żeby zrozumieć czemu żarcie zaczęło być obsesją. Byłam wiecznie głodna. Czy po czymś takim metoda Minnie Maud nie wydaje się być świętym gralem? Idealnym rozwiązaniem? Można jeść wszystko! Przetworzone gówno, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Magia.

Zanim zaczęłam się wkręcać z te metodę zaczęłam jeść dużo więcej nieprzetworzonego mięsa. Przez jakieś kilka tygodni byłam na niskowęglowodanowej diecie z dużą ilością mięsa. Organiczna wołowina, wątróbka, jajka codziennie, bardzo mało błonnika, rosoły, kurczak, ryba itd. Jednocześnie zaczęłam supplementować witaminy z grupy B, metylokobalaminę, methyl folate, B6, D, magnez, cynk i koper. Jelita poczuły się lepiej, ale co jakiś czas wciąż pojawiały się napady (myślę, że brak węgli dawał się we znaki). Myślałam o jedzeniu. Słuchałam o metodzie żryj i tyj i się nakręcałam, że inaczej się nie da. W końcu i tak już przytyłam (od lata jakieś 7-8 kg) i na pewno przytyję więcej więc równie dobrze mogę się całkowicie wyluzować… Więc spuściłam nogę z hamulca i zaczęły wpadać ciasta, batoniki, lody itd. Jednocześnie chciałam jeść normalne posiłki, a słodycze stanowiły dodatkowe kalorie. Wprowadziłam z powrotem śniadanie – lekkie, ale mentalnie poczułam się dużo lepiej, że nie muszę czekać z jedzeniem do 12. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku dniach napady minęły… NIe biegam już drugi tydzień, chodzę na siłownię i robię ćwiczenia siłowe – bez żadnego kardio.

Myślę, że na ten fakt ustania napadów miało wpływ kilka czynników. Regularność posiłków i brak oczekiwania na to aż zegarek mi powie, że mogę zacząć jeść. Prawdziwe jedzenie – od dłuższego czasu – mimo, że ograniczałam węgle przez pewien czas, co nie pomogło z napadami – jadłam produkty, które dostarczały mi składników, których w mojej diecie brakowało przez długi czas. Zwłaszcza wołowina i wątróbka. Myślę, że to konsekwentne dostarczanie składników odżywczych uchroniło mnie od wielomiesięcznego ładowania w siebie śmieci. Bo spodziewam się, że na tym by się skończyło gdybym wcześniej nie zaadresowała niedoborów. I myślę, że właśnie niedobory były przyczyną mojego niekończącego się ekstremalnego głodu na diecie wegańskiej.

Kolejnych kilka faktów oraz skojarzonych sytuacji, które podziałały jako ‘snap out of it’. Bo nie od dziś wiadomo, że coś co jest zbyt piękne nie może być prawdziwe. Aczkolwiek…może rozwiązanie jest nawet piękniejsze, prostsze i mniej bolesne w ostatecznym rozrachunku, bo może oszczędzić nam 30 kg nadwagi, problemów zdrowotnych i złego samopoczucia oraz (o ironio) odczuwania niekończącego się głodu.

  1. Na amazonie natknęłam się na pewne opinie (reviews książki tejże metody), ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że podobno jest bardzo dużo osób, których zdrowie całkowicie się posypało. Niektórzy przytyli bardzo dużo i na wiele lat musieli się wyłączyć z życia, bo nie byli w stanie funkcjonować. Osoby te były systematycznie banowane z forów i niedopuszczane do głosów. Niektórzy po 10 lat spędzali w ‘recovery’ bez rezultatów… Przypomina mi to inne ‘społeczeństwa’, które obiecywały cuda (czyt. raw till 4 itd…a tam przynajmniej się jadło nieprzetworzone produkty, a niektórzy i tak tyli miesiącami i latami i nie mogli schudnąć, a żarcie stało się obsesją – czego sama doświadczyłam).
  2. Słuchałam na YT Kayla Rose, która zrobiła coś podobnego, co możnaby podpiąć pod stosowanie Minnie Maud. Jej historia inspiruje wiele osób i daje nadzieję, że to tylko okres, który w jej przypadku trwał kilka lat. Ciekawostką jest, że (ona sama o tym wspomniała), najlepsze efekty uzyskała wprowadzając do diety produkty odzwierzęce gdyż wcześniej była weganką. To mi się składa w całość z faktem, że uzupełnianie niedoborów zaczęło korzystnie wpływać na jej stan. Jednocześnie namawia ona wszystkich żeby słuchali swojego organizmu i jeżeli mają ochotę na junk food to niech honorują swój ‘głód’. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że to właśnie fakt, że osoby wygłodniałe rzucają się w pierwszej kolejności na jedzenie przetworzone nie adresując niedoborów wpadają w pułapkę uzależnienia od junk foodu – i tkwią tam miesiącami i latami, tyjąc i pogorszając swoje zdrowie. Aż pewnego dnia, jeżeli mają szczęście, cudem wpadną na pomysł, żeby zacząć jeść prawdziwe jedzenie. Tylko mam wątpliwości, czy ten okres jedzenia mcdonalda na śniadanie, obiad i kolację jest niezbędny…
  3. Anegdoty to nie dowody – tak wiem, ale jednak pewne historie dają mi do myślenia. Łączę fakty w całość. Są ‘YT-berzy’, którzy stosowali się do tejże metody – jedni wiedzieli co robią, inni robiąc to nieświadomie, i odnosili różne efekty. Na ten przykład wezmę dziewczynę z YB, która stosowała tę metodę w Polsce. Jadła te minimalne kalorie, ale jadła normalne, syte obiady. Takie…polskie. Pierogi, jakieś placki czy coś. Pewnie dojadała jakimiś innymi produktami, ale rzuciło mi się w oczy, że nie było tam Maca, Burger Kinga, KFC na śniadanie itd. Wg niej jej wilczy apetyt skończył się po około miesiącu – moje napady też nie trwały długo gdy zaczęłam jeść regularnie i pełno-wartościowo. Dziewczyna nie przytyła 30 kg. Pewnie kilka kilogramów i na tym się skończyło póki co (od pół roku zdaje się ma się dobrze). Kolejna dziewczyna, która wzięła do siebie zalecenie metody – jedząc co się chce, wyraźnie tyje, widać, że psychicznie czuje się coraz gorzej (to po prostu widać po sposobie w jaki ktoś się zachowuje i wypowiada), ale wpierdziela non stop jedzenie poza domem. Burgery, frytki i inne. Jednocześnie jedząc za każdym razie kiedy pomyśli o jedzeniu – bo ponoć ten głód mentalny jest tak samo istotny. Pewnie jest, ale nie jeżeli, ktoś żywi się tylko junk foodem i już ma nadwagę. Wtedy nazwałabym to uzależnieniem od przetworzonego lub też wołaniem organizmu o prawdziwe jedzenie. Nie bez powodu amerykanie jedzą, jedzą i jakoś ten set point nie ma końca… Cierpią na niedobory mikroskładników – a nie niedobory energii…
  4. Opuchnięcie na twarzy i zatrzymywanie wody. Jakkolwiek zatrzymanie wody to dość typowe – jak zjemy więcej węgli to zatrzymujemy więcej wody. Bardziej interesuje mnie temat opuchnięcia twarzy oraz edemy, który jest taki ‘normalny’ przy re-feed’dzie. I tutaj mam wątpliwości, czy to takie normalne i świadczy o tym, że organizm się naprawia. I will call bull shit on that one. I tutaj wspomnę o swoim własnym researchu i znowu kojarzeniu faktów. Sama mam tendencje do takiej chomiczej gęby. Takiego księżyca w pełni, że się tak wyrażę. Zawsze mnie to denerwowało. Jeszcze przed czasami odchudzania miałam okres, że księżycowa gęba zniknęła i miałam ładną pociągłą twarz bez diet. Nigdy nie wiedziałam co ma na to wpływ. Aż nie zaczęłam ostatnimi czasy czytać o metylacji, alergiach pokarmowych itd. Generalnie to twarz mi puchnie kiedy zjem coś co się nie zgadza z moim organizmem. Już jakiś czas temu odkryłam, że uwielbiane oliwki powodują u mnie puchnięcie kostek… Myślę, że odpowiedź brzmi w alergii na histaminę. Niestety mnóstwo produktów te histaminę ma i spodziewam się, że ogrom ludzi cierpi na te alergie nawet o tym nie wiedząc, bo ciężko to wyłapać i zdiagnozować. Dodatkowo, w zależności ile mamy na dany moment histaminy w organizmie, dany pokarm może nam zaszkodzić, a innym razem nie…. I weź bądź tu mądry. Reakcje histaminowe mogą się nasilać gdy proces metylacji jest zaburzony. A jak wiemy zaburzenia odżywiania powodują niedobory. Niedobory zaburzają metylację – zwłaszcza niedobory witamin z grupy B, dużą ilość stresu (zaburzenia odżywiania to dla organizmu ciągły stres), i inne czynniki. Kiedy zaczynamy jeść wszystko na nowo (re-feed), zwłaszcza junk food, który jest histaminową bombą, puchniemy na twarzy. U siebie zauważyłam, że full moon face powoduje u mnie między innymi nabiał, kawa i zielona herbata są na liście podejrzanych, awokado (podejrzany), oliwki!, płatki owsiane (powodują zły nastrój) i inne. Należy wspomnieć, że symptomy alergii na histaminę są wszelakie. Od skórnych alergii po psychiczne zaburzenia (depresja, lęki itd). Moja mama potrafi coś zjeść i dostać tachykardii – co jak się okazuje jest jednym z objawów. Jakież było moje zaskoczenie gdy wyczytałam, że to może być symptom histaminowy. Ciekawostką jest, że opuchnięcie na twarzy poschodziło u osób, kiedy zaczęły jeść ‘bardziej normalnie’. Czy może być, że albo one przestają jeść produkty, które powodują u nich reakcje? Czy może z czasem uzupełniają niedobory i usprawniają proces metylacji nawet o tym nie wiedząc? Moja intuicja podpowiada mi, że im szybciej zaadresujemy temat niedoborów tym szybciej się uporamy z tym wilczym głodem i nieprzyjemnymi objawami re-feedu.

Na dzień dzisiejszy nie odczuwam już wilczego głodu. Od ostatniego napadu minęły 2 tygodnie. Jem 3/4 posiłki (jak mam trening i zgłodnieję to zjem dodatkowy mały posiłek). Jem normalne jedzenie. Myślę, że jeszcze przytyję, bo zanim metabolizm przyspieszy może trochę minąć. Nic już na to nie poradzę póki co. Ale nie zamierzam się tuczyć jeżeli nie muszę. Może i kolejne 10kg efektem jojo mi przybędzie. Może jeszcze moje podejście zmieni się 10 razy. Nie będę jednak się oszukiwać, że jedzenie KFC, lodów na kolacje i frytek na śniadanie mi pomoże w czymkolwiek. Zresztą teraz, będąc dożywioną na poziomie komórkowym, nawet bym nie miała na to ochoty na junk food. Wolę czuć się dobrze, bez wzdęć, bez opuchniętych kostek i stanów depresyjnych. Staram się jeść dobre jedzenie i obserwuję reakcję swojego oragnizmu. Jeżeli coś powoduje, że czuję się źle to trafia na listę podejrzanych i przez jakiś czas tego nie jem.

Nie jestem ekspertem, ale jeżeli ktoś banuje ludzi, którzy odczuli przykre skutki tej metody to ekspertem na pewno też nie jest!

Zrób mały soul search i zastanów się czy nie traktujesz tej metody jako kolejnego etapu zaburzeń? Łatwo się opychać i wmawiać sobie, że to dla zdrowia – tak samo jak jak łatwo wmawiać sobie inne głupoty gdy się cierpi na zaburzenia. Bądź ostrożna! Słuchaj swojej ‘prawdziwej ja’. Nie tej z zaburzeniami. Jeżeli czujesz się jak shit po stosowaniu tej metody przez miesiąc to może coś jest na rzeczy? Odżyw swój organizm. Jedz kalorie, ale spakowane w produktach wartościowych albo przynajmniej razem z nimi. Jedz regularnie. Zacznij jeść rzeczy jak dobrej jakości wątróbkę, jajka, wołowinę, upewnij się, że witaminy B i D posiadasz odpowiednie ilości. Zrób badania krwi i zaadresuj niedobory. Myślę, że nie warto przeciągać siebie przez kolejne lata gówna pod pretekstem recovery. Przeszłyśmy mentalnie i fizycznie wystarczająco dużo żeby teraz stresować nasze ciała w drugą stronę. Wyobraź sobie, że wychodzisz z siebie i obserwujesz swoje ‘nowe zachowania’ z boku. Widzisz jak to z mętnym wyrazem twarzy wcinasz junk food na śniadanie, burgera na lunch i lody na kolacje. Popatrz na siebie. Co byś sobie powiedziała? Nie wiem jak Ty, ale moja intuicja podpowiada mi, że to co bym widziała w głębi duszy nie wydawałoby mi się właściwe.

Czy mam rację? Czas pokaże.

2 thoughts on “Metoda Minnie Maud – czy to dobry pomysł? Część 4.

  1. Wiecznie głodna's avatar Wiecznie głodna

    Spadłaś mi z nieba tym postem! To przerażające jak bardzo podobne są nasze historie…przeszłam to samo…weganizm, keto, głodzenie, bieganie….szczerze mówiąc twój post był jak zimny prysznic. Widzisz,w desperacji, z powodu bardzo niskiej wagi postanowiłam zastosować metodę MM. To był fatalny błąd.Zawsze miałam delikatny układ trawienny, a jedzenie śmieciowego żarcia doprowadziło mnie dokładnie do tego co tu opisujesz – depresji, bólów jelit, a więc i niejedzenia, a potem oczywiście kolejnych ataków niekontrolowanego głodu i rekompensowania lekarstwami i ćwiczeniami..
    Ostatecznie zatrzymało mnie ciało. Poprostu w pewnym momencie poczułam, że dłużej tego nie zniosę.Nie jestem masochistką. Zależy mi na zdrowiu i odżywieniu organizmu, a nje faszerowania go gównem…Postanowiłam z tym skończyć i odkryłam, że dużo lepiej czuje się po wartościowych, niewielkich, ale porządnych posiłkach – rosołki, wątróbki, jajeczniczka, suszone owoce. Co więcej, sporo produktów muszę wykluczyć ze względu na IBS.
    Owszem czasem zjadlaby pączka z czekoladą, ale z tym ostrożnie. Z jednego zaburzenia łatwo wpaść w drugie. A ja mówiąc szczerze…wolę mieć mniejszą wagę, ale jeść wartościowe rzeczy i w ilościach, które mój organizm toleruje.Bede tyła dość powoli, ale przynajmniej nie zrobię sobie krzywdy.

    Liked by 1 person

    1. Dziękuję Ci pięknie za ten komentarz. Cieszę się, że w jakimś stopniu pomógł Ci on nabrać perspektywy. Zgadzam się, że po miesiącach/latach wycieńczenia organizmu nie powinnyśmy go teraz stresować ograniczeniami,ale wszystko ma swoje granice. Zwłaszcza teraz Twój organizm potrzebuje prawdziwnego jedzenia. I nie mam tutaj na myśli brokuła na parze 🙂 (chociaz jak ma się na to ochotę to jak najbardziej). Być może właśnie powrót do takiej tradycyjnej polskiej kuchni jest dobrą opcją. Na pewno lepszą niż ładowanie w siebie produktów z wybielaną mąką i olejem powodującym stany zapalne w całym organizmie (czyli na przykład zwykły McD.). Gdybym nie mieszkała za granicą to bym co tydzień jadła u babci ;). W moim przypadku musiałam się skupić na jelitach. I mogę powiedzieć, że jest coraz lepiej. Wcześniej tylko jedzenie tłuszczy i białka bez błonnika było ‘bezpieczne’ i nie powodowało dyskomfortu. Ale odkąd ograniczyłam błonnik, jem wiecej tłuszczy, suplementuję probiotyki i inne zaważyłam znaczną poprawę. Przedstawiam na nowo produkty i obserwuję reakcje. Mam przeczucie, że każda osoba z zaburzeniami powinna w pierszej kolejności skupić się właśnie na zdrowiu jelit. Ma to ogromy wpływ na trawienie, samopoczucie, przyswajalność, problemy z jelitami itd. Wychodzenie z tego bagna nie jest proste ani przyjemne, ale mamy to szczęście, że po wszystkim będziemy dużo bardziej świadome siebie niż przeciętny Kowalski, bo cały ten proces wymaga ogromnej świadomości. Jak nikt inny musimy być ze sobą szczere, wyłapywać co powoduje nasze zachowanie – ‘idę biegać, bo to kocham, czy idę biegać, bo zjadłam obiad?’ Słuchać co nasze ciało ‘lubi’ jeść a czego nie. To długi proces. Niełatwy. Nie łatwo jest patrzeć jak spodnie znowu robią się przyciasne. Ale ja staram się podejść do tego strategicznie, z wyrozumiałością dla siebie, ale z pewną dozą dyscypliny. Obserwuję siebie. Przybieram na wadze, szybciej niż bym chciała – ale czego tutaj się spodziewać innego? Ale jak to mówią ‘eyes on the prize’. Wiem, że to nie na zawsze, ale teraz priorytetem jest zdrowie, a nie rozmiar XXXS. Poza tym, staram się sobie przypomniać (gdy nachodzi mnie tęsknota za bardzo szczupłym ciałem), jak się wtedy czułam – obsesja nad treningami i jedzeniem nie pozwoliła mi się cieszyć życiem, nawet kiedy siedziałam na słonecznym balkonie w Chorwacji! I trzeba o tym pamiętać :). Trzymam kciuki! Damy radę! I smacznego pączka! 🙂

      Like

Leave a comment