Dla wielu to co teraz opiszę może wydać się kontrowersyjne. Ogólnie jestem osobą praktyczną i logiczną, ale też praktykuję wizualizację i manifestuję swoją przyszłość. Właśnie od tego zaczął się mój proces powrotu do zdrowia.
Z zaburzeniami miałam do czynienia od dawna. Ciężko określić jeden moment. To był postęp i różne etapy. Ostatnie miesiące albo i lata były wyjątkowo ciężkie. Ale dopiero dzisiaj widzę jak bardzo. Zaburzenia odżywiania rujnowały mi życie. Odepchnęłam kogoś na kim bardzo mi zależało, być może miłość mojego życia. Bardzo mi szkoda i odczuwam niesamowity ból z tego powodu. Wiem jednocześnie, że gdybym tego nie zrobiła być może nie udało by mi się wyjść z tego bagna. A tkwiąc w tym bagnie zaburzeń odżywiania nie byłabym w stanie odczuwać emocji tak czy inaczej… Moje zaburzenia doprowadziły właśnie do tego – braku odczuwania. Nauczyłam się cieszyć i odczuwać szczęście teoretycznie. Teraz widzę wyraźnie, że miałam również depresję. Dziwnie to brzmi, ale kiedy działo się coś wyjątkowego to wiedziałam, że powinnam być szczęśliwa i starałam się to okazywać. Oglądałam życie poprzez szklane drzwi nawet o tym nie wiedząc. Myślałam, że to już jest moje ‘new normal’. Pamiętałam jak kiedyś potrafiłam być szczęśliwa. Obecna. Jak potrafiłam kochać. Cierpieć. Cieszyć się chwilą. Marzyć. Przypominałam sobie chwile z przeszłości i zastanawiałam się co się stało. Zaczęłam analizować w głowie miesiącami. Zainteresowałam się psychologią. Zaglądałam w swoje doświadczenia z dzieciństwa. Odpracowywałam mentalnie to co psycholog by ze mną robił. I teoretycznie wiedziałam wszystko, ale wciąż czegoś brakowało. Pracowałam nad przekonaniami, że jestem wystarczająco dobra. Że są ludzie, którzy mnie kochają. Na nic to wszystko. Izolacja, uzależnienie od ćwiczeń, ukrywana nienawiść do siebie, napady głodu – w kółko to samo. Teraz widzę wyraźnie co powodowało ten stan. Teoretycznie wiedziałam już dawno, ale będąc w zaburzeniach ciężko coś zmienić, bo nie wierzysz, że coś może się poprawić. Byłam bezsilna. Byłam zła. Byłam rozgoryczona. Próbowałam nie robić z siebie ofiary i brać za wszystko odpowiedzialność. Za to jak się czuję. Wierzę, że każdy z nas ponosi konsekwencje swoich czynów. Nawet kiedy nie do końca kontrolujemy siebie.
Gdybym miała opisać jak to było być w moim stanie opisałabym to następująco. I myślę, że wiele uzależnień działa podobnie. Jedziesz samochodem. Jesteś dwoma osobami w tym samochodzie. Jak masz szczęście to siedzisz za kierownicą i kierujesz. Kiedy zaburzenia są obecne to siedzisz na miejscu pasażera i obserwujesz bezsilnie jak Twój drugi kierowca jeździ po dziurach, jedzie pod prąd, i sabotuje Twoje starania by coś w życiu zmienić. Ja się czuję jakbym spędziła na miejscu pasażera ostatnie lata swojego życia. Czuję się obrabowana. Obrabowana ze wspaniałych momentów, które się działy, a których nie potrafiłam docenić. Zawsze starałam się wyciągać coś pozytywnego z negatywnych doświadczeń. Myślę, że czeka mnie jeszcze praca nad sobą. Nad pozbyciem się pewnych przekonań o tym, że nie jestem wystarczająco dobra. To mentalna praca, ale teraz czuję, że jestem w stanie osiągnąć moje cele w sposób zrównoważony. Ciesząc się podróżą.
Moje zaburzania wkradały się powoli. Zaczęło się niewinnie, od chęci zrzucenia kilku kilogramów. Zaczęłam też biegać i ćwiczyć. Jednak wydaje mi się, że to dieta miała najbardziej destrukcyjny wpływ na mnie. Moje podejście do odżywiania zmieniało się coraz bardziej diametralnie. Zaczęłam odstawiać tłuszcze, jadłam nisko tłuszczowy nabiał, chude mięso, warzywa, kasze itd. Można by pomyśleć, że zdrowo. I się wtapiałam w ten styl żywienia coraz bardziej. Orthorexia. Coraz mniej mięsa i tłuszczów. Coraz więcej ćwiczeń. Coraz więcej wewnętrznego gniewu i irytacji. Typowe objawy ograniczania kalorii. Ale to był jedynie początek. Zaczęło się uzależnienie od ćwiczeń, od ruchu. przez lata biegałam. Bieganie przyspieszało pozbywanie się materii z moich jelit. Coraz bardziej miałam poczucie ciężkości jeżeli nie pójdę biegać. Oczywiście schudłam. Byłam wiecznie mentalnie głodna. Zjadłam jeden posiłek i już myślałam i kolejnym. Kiedyś tak nie było. Obsesja na punkcie wyglądu i ciała, a jednocześnie coraz trudniej było mi utrzymywać wagę. Gdzieś w 2013 roku przeszłam na wegetarianizm. Prawda jest taka, że ilość mięsa i tłuszczu w mojej diecie już wtedy była znikoma. Ale jeszcze jajka pojawiały się w miarę regularnie. Pewnego razu natrafiłam na kanały popularnych wegan. Usłyszałam, że na surowym weganiźmie można jeść ile się chce i tracić na wadze. Osoby, które ten koncept sprzedawały same wyglądały świetnie. OK, pomyślałam, to jest mój święty gral. Przeszłam na surowy wegaznim, high carb, low fat. Przez chwilę traciłam na wadze i potem zaczęłam konsekwentnie tyć. Byłam wiecznie głodna mimo, że na śniadanie jadłam dziesięciobananowego smoothiesa. Przez 6 miesięcy byłam na surowym weganiźmie. Byłam wiecznie pełna, bo ilościowo pochłaniałam ogromne ilości jedzenia. Zaczęło brakować mi gotowanego. Przeszłam na wysoko węglowodanowy i niskotłuszczowy weganizm. No i wtedy tyłam jeszcze szybciej. Wiecznie pełna, wiecznie wzdęta, wiecznie głodna. Musiałam przybrać na wadzę z 15 kilogramów albo i więcej. W każdym razie różnica była ogromna. Byłam opuchnięta. Czułam się źle. Myślę, że w tamtym czasie zaczęła się rozwijać u mnie depresja. Ale nie byłam tego świadoma. Byłam coraz bardziej wewnętrznie zła, coś było nie tak. Zaburzenia odżywiania i depresja. Teraz widzę wyraźnie. Na weganizm przeszłam z moim ówczesnym partnerem z listopadzie 2013. Rok później zerwałam. Byliśmy razem prawie dziesięć lat. Chęć izolacji zaczęła się u mnie nie długo po tym jak zaczęłam się odchudzać. Potem tylko postępowała. Libido poleciało w dół niczym przekłuty balon. Miałam też w sobie coraz mniej empatii, a więcej gniewu i frustracji. Nie wiem jak do tego doszło, ale zaczęłam blokować wszelkie uczucia. Kiedy przytyłam, psychicznie nawet poczułam się lepiej jednak fizycznie wciąż miałam problemy. Ciągle czegoś mi brakowało, wiecznie nażarta i pełna lesz wciąż sfrustrowana. To wtedy kiedy przytyłam najwięcej i miałam już wszystkiego dosyć zerwałam ze swoim chłopakiem. Nawet nie uroniłam łzy. Po prawie 10 latach bycia razem byłam zimna jak kamień. Przez rok jeszcze utrzymywaliśmy naszą przyjaźń. Tylko w momencie, kiedy oznajmił mi, że on musi przestać się ze mną widywać dla swojego dobra rozryczałam się jak bóbr. W ukryciu. Wyryczałam się i szybko wszystko znowu zblokowałam. W międzyczasie przeprowadziłam się do innego miasta, zmieniłam pracę. Przez jakiś czas czułam się lepiej, traciłam powoli na wadze nadprogramowe kilogramy. Zawsze jednak ćwiczenia, dieta i chęć izolacji były w jakimś stopniu ze mną.
W listopadzie 2017 roku poznałam mojego ostatniego partnera. Byliśmy razem do marca 2019 kiedy to z nim zerwałam po burzliwym i wyczerpującym związku. A czemu burzliwy i wyczerpujący? Bo kiedy ma się zaburzenia człowiek ma zupełnie inny pogląd na świat. Kochałam go, teraz to widzę jasno i wyraźnie. On chciał spędzać jak najwięcej czasu razem (o dziwno…), a ja wciąż chciałam mieć też własną przestrzeń. Długo by opowiadać, ale mieliśmy zgrzyty o to non stop. Na koniec zerwałam, okazując zero czułości, tak jakby nie liczyło się nic oprócz mnie chcącej się oddzielić, odizolować na dobre. Wiedziałam jednocześnie, że jest ze mną źle i muszę poczynić jakieś drastyczne kroki w kierunku by było lepiej. Chociaż problem nie tkwił w tym związku, to wierzę, że reakcja łańcuchowa tych wydarzeń pomogła mi ostatecznie odnaleźć właściwy kierunek. Czy żałuję? Bardzo, bo straciłam prawdziwą miłość. Jakim bym była jednak pożytkiem dla niego będąc zimna i niedostępna? Znienawidziłby mnie szybko i wszystko by się rozpadło, bo nie stać mnie było na okazywanie prawdziwych uczuć i bycia przy nim.
Dwa miesiące po rozstaniu pojechałam na pół roku do swojego kraju. Uciekłam po raz kolejny. Mama chciała żebym zamieszkała z nią, ale ja wynajęłam własne mieszkanie – jakżeby inaczej – trzeba się odizolować. Czas spędzałam pracując, ucząc się, wciąż trenując i jedząc. Miałam swoją rutynę i wszystko kręciło się wokół jedzenia i treningów. Dużo też chodziłam. Wiadomo…. Nie można siedzieć kiedy można się ruszać. Wciąż miałam kompuls by coś robić fizycznego.