Chora na zdrowie. O zaburzeniach odżywiania.

No i znowu to samo, miałam być konsekwenta i nic z tego nie wyszło. Ostatni wpis…pewnie gdzieś w grudniu 2017! Mamy środek czerwca. Tak czy inaczej, piszę dla siebie więc to nie ma znaczenia. Ale wydaje mi się, że dobrze jest być konsekwentnym w swoich zamierzeniach. Obiecałam sama przed sobą, że zacznę pisać.

Problem polegał na tym, że chciałam pisać o tym jak życie potrafi być wspaniałe. Jestem niezależna (prawie… teraz w związku z wcześniej wspomnianym Tinder Man’em – tak, wciąż razem chociaż nie jest łatwo mieć mentalność osoby bardzo niezależnej i być w związku – odkryłam) i chciałam się dzielić moimi przygodami, życiowymi decyzjami itp.

No i coś sobie uświadomiłam. Chyba są ważniejsze tematy, bardziej autentyczne niż nadmuchane ‘instagram story’. Nie mówię, że coś złego jest w pokazywaniu najlepszych snapshotów ze swojego życia, ale chyba wolę być bardziej autentyczna. Sama ze sobą. Może potraktuję to jako terapię. Co nie znaczy, że będę ukrywała pozytywne i inspirujące (chciałabym sądzić, że tak jest) strony mojego życia. Narzekać nie mogę.

Otóż, do rzeczy. Kilka miesięcy temu znowu zaczął się nawrót moich zaburzeń odżywiania. Nie, nikt mnie nie diagnozował. Nie mam anoreksji, bulimii (całe szczęście), nawet nikt z boku by nie powiedział, że coś jest nie wporządku. Problem jest bardziej w mojej głowie. To z czym ja mam do czynienia to połączenie dysmorfii ciała, bulimii sportowej czyli tak zwane ‘eating disorder not otherwise specified’. Taką przynajmniej sama sobie diagnozę postawiłam. Nie chcę tutaj porównywać siebie do osób, które mają naprawdę duży problem, które potrzebują hospitalizacji. Mam świadomość, że ogólnie mam szczęście i powinnam być za wszystko wdzięczna, ale ten głos z tyłu głowy potrafi być bardzo zdradliwy. Czasami nawet nie wiem co on mówi, jest bardzo podświadomy, ale człowiek reaguje.

Prowadzę bardzo zdrowy tryb życia. Biegam, chodzę na siłownię, jestem na diecie roślinnej pełniej w warzywa i owoce. Praktykuję tak zwany intermittent fasting. Nie piję alkoholu, nie palę. Chodzę spać w miarę wcześnie. Nie jeżdżę samochodem (zamiast tego biegam do/z pracy). Uważam na to co jem – nie jem przetworzonych produktów (w 99% przypadkach). I tak dalej. Ogólnie wiem jak prowadzić zdrowy tryb życia – z czego jestem zadowolona i dumna. Jestem konsekwentna w tym co robię, wyrobiłam właściwe nawyki. Ale czuję, że coś gdzieś nie gra. Mam wrażenie, że moje perfekcyjne podejście do zdrowia odbija się na mnie. Albo inaczej, może mój perfekcjonizm wynika z jakiejś pustki. Może nie zawsze jestem szczęśliwa, chociaż ogólnie jestem. Wiem, brzmi to zawile. Wiecznie jestem czymś zajęta, pracuję w korpo od 8 do 16:30. Potem bieganie, czy też siłownia. Powrót do domu. Kolacja. Uff, no to mogę usiąść i w końcu obejrzeć swoje ulubione filmy na YT czy też Masterchefa podczas wcinania mojej góry warzyw i owoców. Niedługo potem spać. I tak w kółko. Weekedny też mam uporządkowane. Tinder man wraca po nocy do siebie, ja lecę na trening, prycznic, późnie śniadanie (albo raczej brunch), ogarnięcie pokoju ,szykowanie się do wyjścia, i na miasto z lubym. I tak się bujamy po przepięknym Bristolu i wracamy do mnie żeby zjeść kolacje, obejrzeć film, spędzić więcej czasu razem. Niedziela – powtórka z soboty. Nie narzekam. Uwielbiam moje/nasze weekendy. Ale coś gdzieś nie gra. Nie wiem gdzie. Albo gra, ale gdzieś lekko fałszuje. Mnóstwo ludzi dałoby sie pokroić za moje życie. Czasami mam wrażenie, że szukam dziury w całym. Ale czyżby? Czy na tym to wszystko polega? Na wygodnym życiu. Czasami mam wrażenie, że za czymś tęsknię, ale też nie potrafię określić słowami za czym.

Jestem osobą dosyć świadomą swoich myśli i emocji i wierzę, że w wielu przypadkach udało mi sie dojść do sedna moich problemów, obaw, zachowań. Czasami mam wrażenie jednak, że niektóre rzeczy podświadomie sama blokuję, bo tak jest mi wygodniej. I śmiem twierdzić, że robi to 90% (albo i więcej) populacji. Żeby zagłuszyć pewne rzeczy ciągle próbujemy się czymś rozpraszać. Czy to są bezsensowne zakupy i wypełnianie szafy sukienkami, za dużo sportu, za dużo imprezowania, objadanie się itp itd. Rzadko kiedy człowiek siada na trwie z zamkniętymi oczami żeby doświadczać tego co się dzieje na około. A nawet jeżeli to zrobi to zaraz jego myśli lecą w stronę właśnie tych rzeczy, które go tak skutecznie rozpraszają.

Medytacja. To jest kolejny nawyk, który chcę wyrobić. Bieganie pomaga mi się wyłączyć i uważam, że to wspaniałe narzędzie żeby się wyciszyć i odstresować, ale mam tutaj na myśli świadomą, stateczną medycję. Siedzenie w jednym miejscu i celowe wyciszenie myśli lub ich obserwację z boku – uwierzcie mi, obserwowanie swoich myśli może być wyjątkowo interesujące. Obserwowanie jak one morfują i przewijają się przez naszą głowę. Często są to myśli negatywne, błahe problemy, które zaprzątają nasz umysł. Lub też stresy i strach przed tym co może się stać itp. (a w rzeczywistości nigdy się nie staje).

Mam wrażenie, że medytacja może być wspaniałym narzędziem do pracy nad sobą i swoimi problemami. Mam nadzieję.

A tymczasem czas do pracy. Pogoda ostatnio sprzyja na wyspach. Słońce i ciepło. Trzeba się cieszyć tym co pozytywne i koncentrować na tych właśnie rzeczach. A pewnie mogłabym wymienić ich dziesiątki.

 

Leave a comment